Mam nadzieję że się aż tak nie stęskniliście, hm?
Od ponad czterech miesięcy nic nie napisałam, lecz zeszłej nocy złamałam się i tak oto powstał rozdział pierwszy. Boję się waszej reakcji, to opowiadanie wiele dla mnie znaczy, bo piszę je specjalnie dla Weroniki (którą oczywiście kocham, kc kc♥). Mam jednak nadzieję że wasza reakcja będzie pozytywna oraz że statystyki będą rosły z każdym dniem.
Bez dłuższych przeciągań: ZAPRASZAM, WOOOO!
----
Po dwóch miesiącach mieszkania u Angeli, postanowiłam się
wyprowadzić i zacząć od początku, nie chcąc zwalać się na głowę zarówno jej jak
i jej chłopakowi. Chciałam nauczyć się samodzielności, a to była wspaniała
okazja aby rozpocząć naukę. W pewnym stopniu chciałam również udowodnić
wszystkim, że potrafię dać sobie sama radę. Oraz udowodnić to samej sobie.
Na szczęście miałam odłożoną już wystarczającą kwotę aby
wynająć mieszkanie w centrum miasta, więc bez wahania, tak po prostu, z dnia na
dzień się spakowałam i wyszłam. Oczywiście zostawiłam przyjaciółce list, w
którym podziękowałam za gościnę i życzyłam jej szczęścia z chłopakiem. Jak on
miał... Niall. No, szczęścia z Niall’em.
-*-
Na początku nie było mi łatwo. Ale z czasem przyzwyczaiłam
się do pustego mieszkania i samotności. Czas wolny spędzałam przy komputerze,
przeglądając tumblr i twittera. Nawet zaczęłam pisać bloga, którego czytało
ponad sto osób.
Zaczęłam również oglądać YouTube’owe Vlogi przeróżnych osób.
Znalazłam tam dziewiętnastoletniego Dan’a Howell’a z Londynu oraz jego
przyjaciela Phil’a. Potem znalazłam też ich przyjaciół, jak Marcus, Alfie, Zoe
i.. Ronnie. Nie wiem dlaczego, ale od
razu poczułam że coś nas łączy. Między innymi były to zainteresowania, bo obie
lubiłyśmy kreskówkę „Pora na Przygodę” ponad życie, oraz obie nołlajfowałyśmy w
Internecie całymi dniami.
Na prawdę zżyłam się z Vloggerami, a codzienne oglądanie ich
filmików zamieniło się w coś totalnie normalnego. Bo było normalne, no nie?
~*~
„Razem
ze mną w drogę idź, z motylami lećmy dziś!
Jeśli przyjdzie nam ochota to wszędzie można być.
Razem ze mną w drogę idź, gdzie pod drzewem stromy klif.”
Jeśli przyjdzie nam ochota to wszędzie można być.
Razem ze mną w drogę idź, gdzie pod drzewem stromy klif.”
Ze snu wybudził mnie dzwonek mojego telefonu. Z zamkniętymi
jeszcze oczami, wymachiwałam ręką w poszukiwaniu urządzenia, chcąc je wyłączyć.
Po kilku sekundach jednak się poddałam i podniosłam ciężkie powieki, po czym
sięgnęłam po komórkę.
Wcisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha. –Halo?
- Nie wiedziałam czego się spodziewać: kto dzwoniłby do mnie tak wcześnie rano?
-Wiesz że szefowa będzie cholernie wnerwiona jeśli w ciągu dwudziestu minut nie
stawisz się w piekarni, prawda? – usłyszałam poważny głos Caitlin, swojej
przyjaciółki z pracy. Dwadzieścia minut? Przecież była dopiero... Cholera.
-Już wstaję, boże, nigdy więcej alkoholu przed snem! – krzyknęłam do słuchawki
i rozłączyłam się, pędząc do łazienki. Była równo ósma trzydzieści sześć; czyli
miałam niecałe pół godziny aby się przygotować i dostać do pracy. Wymarzony piątek.
Zdziwiłam się kiedy ponownie spojrzałam na zegarek. Nie
wiedziałam że byłam w stanie przygotować się w tak krótkim czasie. Zostało mi
dokładnie dwadzieścia minut, a byłam już w stu procentach gotowa do pracy. Nie
marnując ani sekundy dłużej, wsunęłam na nogi swoje trampki, zarzuciłam na
siebie bluzę i złapałam za torbę, po czym wyszłam, zamykając za sobą drzwi. Sprawdziłam
jeszcze tylko czy wycieraczka jest na swoim miejscu i opuściłam klatkę
schodową.
Gdy tylko wyszłam na zewnątrz, jesienny wiatr od razu mnie
pobudził. Co prawda nie działał na mnie tak jak porządny kubek gorącej
kawy, ale w tej chwili najważniejsze
było to, abym była o trzeźwych myślach i abym nie spóźniła się do pracy. Wtedy rozpętałoby
się prawdziwe piekło; szefowa by mnie chyba zamordowała, lub co gorsza:
zwolniła.
Wiedziałam że nie mogę sobie pozwolić na choć jedną
negatywną sytuację w pracy. Teraz na prawdę potrzebowałam pieniędzy: zalegałam
z czynszem za zeszły miesiąc oraz chciałam sobie w końcu kupić samochód, mając
dosyć codziennego chodzenia do pracy bądź jeżdżenia przepełnionym metrem.
Pracowałam na pół etatu w piekarni, a w weekendy dorabiałam jako opiekunka do
dzieci. Pomimo mojej nienawiści do małych, płaczących istot, przełamałam się z
potrzeby pieniędzy. Dostawałam również comiesięczną wypłatę od partnerów
YouTube. Nie były to co prawda kokosy, ale w tym okresie każdy grosz się
liczył.
Kiedy w końcu dotarłam do Piekarni, zastałam tam Caitlin
obsługującą naszą stałą klientkę, przestarzałą Margaret. Stanie za kasą nie
należało do jej obowiązków, ale byłam jej cholernie wdzięczna za uratowanie mi
tyłka. Było pięć po dziewiątej, a ja powinnam była zjawić się tu przed
dziewiątą. Na szczęście Szefowa zazwyczaj odwiedzała nas po dziesiątej, więc
byłam uratowana. Wiedziałam, że mogę zaufać Caitlin i że nie wyda mnie
szefowej.
Posłałam staruszce uśmiech, a ta, odwzajemniając go, wyszła
ze sklepu z torbą gorących bułek. Ściągnęłam bluzę i zaniosłam ją na zaplecze,
to samo robiąc z torbą.
-Nie możesz się tak ciągle spóźniać, W. – usłyszałam, kiedy
zakładałam siatkę na włosy oraz fartuszek firmowy.
-Wiem, przepraszam, obiecuję że to ostatni raz... I w ogóle, dzięki wielkie że
mnie jeszcze nie wydałaś, nawet nie wiesz jak jestem ci wdzięczna. –
przeprosiłam i zarazem podziękowałam przyjaciółce, kierując się z powrotem w
stronę sklepu.
-Stawiasz mi piwo, kochana! – krzyknęła z zaplecza Caitlin, a ja tylko
pokręciłam głową, uśmiechając się.
-*-
To chyba były najdłuższe cztery godziny spędzone w pracy, w
calutkim moim życiu. Dosłownie, klient wychodził i zaraz po nim wchodził
kolejny. Nie mogłam oderwać się od kasy chociażby na sekundę.
Uradowana że to nareszcie koniec męczarni w pracy, włożyłam
na siebie bluzę i wzięłam w rękę torbę i żegnając się z Caitlin, wyszłam z
Piekarni. Postanowiłam pójść na copiątkowe zakupy do supermarketu, iż moja
lodówka świeciła pustkami, a ja potrafiłam jeść co kilka minut.
Solidnie pchałam wózek sklepowy, podążając wzdłuż lodówek z
nabiałem.
-Gdzie te cholerne jogurty... – mruczałam pod nosem, w poszukiwaniu Polskich
Danonków, od których byłam uzależniona. Co prawda nie zawsze sprzedawano je w
Angielskim Tesco, ale nadal nie traciłam nadziei, rozglądając się po każdej
półce.
W końcu zauważyłam to, czego szukałam. Sześciopak dużych
Danonków stał swobodnie na półce w lodówce, tuż pod milkshake’ami Frijj.
Uradowana, podjechałam bliżej, patrząc tylko na jogurty znajdujące się coraz
bliżej mnie.
Nagle poczułam pchnięcie i upadłam na tyłek. Złapałam się za
dół pleców i jęknęłam lekko z bólu.
-Ojejku, przepraszam, nic Ci nie jest? – usłyszałam głos,
który skądś kojarzyłam. Podniosłam wzrok i zamarłam.
-Ty jesteś Ronnie?! Ta Vloggerka?! – nawet nie zauważyłam że zaczęłam krzyczeć
i momentalnie się podniosłam. Dziewczyna uśmiechnęła się.
Czy ja
śnię?