Friday, April 12, 2013

#1: "Czy ja śnię?"

A/N: PO PIĘCIU DŁUGICH MIESIĄCACH, OGŁASZAM POWRÓT!
Mam nadzieję że się aż tak nie stęskniliście, hm? 
Od ponad czterech miesięcy nic nie napisałam, lecz zeszłej nocy złamałam się i tak oto powstał rozdział pierwszy. Boję się waszej reakcji, to opowiadanie wiele dla mnie znaczy, bo piszę je specjalnie dla Weroniki (którą oczywiście kocham, kc kc♥). Mam jednak nadzieję że wasza reakcja będzie pozytywna oraz że statystyki będą rosły z każdym dniem.
Bez dłuższych przeciągań: ZAPRASZAM, WOOOO!


----

Po dwóch miesiącach mieszkania u Angeli, postanowiłam się wyprowadzić i zacząć od początku, nie chcąc zwalać się na głowę zarówno jej jak i jej chłopakowi. Chciałam nauczyć się samodzielności, a to była wspaniała okazja aby rozpocząć naukę. W pewnym stopniu chciałam również udowodnić wszystkim, że potrafię dać sobie sama radę. Oraz udowodnić to samej sobie.

Na szczęście miałam odłożoną już wystarczającą kwotę aby wynająć mieszkanie w centrum miasta, więc bez wahania, tak po prostu, z dnia na dzień się spakowałam i wyszłam. Oczywiście zostawiłam przyjaciółce list, w którym podziękowałam za gościnę i życzyłam jej szczęścia z chłopakiem. Jak on miał... Niall. No, szczęścia z Niall’em.

-*-

Na początku nie było mi łatwo. Ale z czasem przyzwyczaiłam się do pustego mieszkania i samotności. Czas wolny spędzałam przy komputerze, przeglądając tumblr i twittera. Nawet zaczęłam pisać bloga, którego czytało ponad sto osób.

Zaczęłam również oglądać YouTube’owe Vlogi przeróżnych osób. Znalazłam tam dziewiętnastoletniego Dan’a Howell’a z Londynu oraz jego przyjaciela Phil’a. Potem znalazłam też ich przyjaciół, jak Marcus, Alfie, Zoe i.. Ronnie. Nie wiem dlaczego, ale od razu poczułam że coś nas łączy. Między innymi były to zainteresowania, bo obie lubiłyśmy kreskówkę „Pora na Przygodę” ponad życie, oraz obie nołlajfowałyśmy w Internecie całymi dniami.

Na prawdę zżyłam się z Vloggerami, a codzienne oglądanie ich filmików zamieniło się w coś totalnie normalnego. Bo było normalne, no nie?

~*~

„Razem ze mną w drogę idź, z motylami lećmy dziś!
Jeśli przyjdzie nam ochota to wszędzie można być.
Razem ze mną w drogę idź, gdzie pod drzewem stromy klif.”


Ze snu wybudził mnie dzwonek mojego telefonu. Z zamkniętymi jeszcze oczami, wymachiwałam ręką w poszukiwaniu urządzenia, chcąc je wyłączyć. Po kilku sekundach jednak się poddałam i podniosłam ciężkie powieki, po czym sięgnęłam po komórkę.

Wcisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha. –Halo? - Nie wiedziałam czego się spodziewać: kto dzwoniłby do mnie tak wcześnie rano?

-Wiesz że szefowa będzie cholernie wnerwiona jeśli w ciągu dwudziestu minut nie stawisz się w piekarni, prawda? – usłyszałam poważny głos Caitlin, swojej przyjaciółki z pracy. Dwadzieścia minut? Przecież była dopiero... Cholera. 

-Już wstaję, boże, nigdy więcej alkoholu przed snem! – krzyknęłam do słuchawki i rozłączyłam się, pędząc do łazienki. Była równo ósma trzydzieści sześć; czyli miałam niecałe pół godziny aby się przygotować i dostać do pracy. Wymarzony piątek.

Zdziwiłam się kiedy ponownie spojrzałam na zegarek. Nie wiedziałam że byłam w stanie przygotować się w tak krótkim czasie. Zostało mi dokładnie dwadzieścia minut, a byłam już w stu procentach gotowa do pracy. Nie marnując ani sekundy dłużej, wsunęłam na nogi swoje trampki, zarzuciłam na siebie bluzę i złapałam za torbę, po czym wyszłam, zamykając za sobą drzwi. Sprawdziłam jeszcze tylko czy wycieraczka jest na swoim miejscu i opuściłam klatkę schodową.

Gdy tylko wyszłam na zewnątrz, jesienny wiatr od razu mnie pobudził. Co prawda nie działał na mnie tak jak porządny kubek gorącej kawy,  ale w tej chwili najważniejsze było to, abym była o trzeźwych myślach i abym nie spóźniła się do pracy. Wtedy rozpętałoby się prawdziwe piekło; szefowa by mnie chyba zamordowała, lub co gorsza: zwolniła.

Wiedziałam że nie mogę sobie pozwolić na choć jedną negatywną sytuację w pracy. Teraz na prawdę potrzebowałam pieniędzy: zalegałam z czynszem za zeszły miesiąc oraz chciałam sobie w końcu kupić samochód, mając dosyć codziennego chodzenia do pracy bądź jeżdżenia przepełnionym metrem. Pracowałam na pół etatu w piekarni, a w weekendy dorabiałam jako opiekunka do dzieci. Pomimo mojej nienawiści do małych, płaczących istot, przełamałam się z potrzeby pieniędzy. Dostawałam również comiesięczną wypłatę od partnerów YouTube. Nie były to co prawda kokosy, ale w tym okresie każdy grosz się liczył.

Kiedy w końcu dotarłam do Piekarni, zastałam tam Caitlin obsługującą naszą stałą klientkę, przestarzałą Margaret. Stanie za kasą nie należało do jej obowiązków, ale byłam jej cholernie wdzięczna za uratowanie mi tyłka. Było pięć po dziewiątej, a ja powinnam była zjawić się tu przed dziewiątą. Na szczęście Szefowa zazwyczaj odwiedzała nas po dziesiątej, więc byłam uratowana. Wiedziałam, że mogę zaufać Caitlin i że nie wyda mnie szefowej.
Posłałam staruszce uśmiech, a ta, odwzajemniając go, wyszła ze sklepu z torbą gorących bułek. Ściągnęłam bluzę i zaniosłam ją na zaplecze, to samo robiąc z torbą.

-Nie możesz się tak ciągle spóźniać, W. – usłyszałam, kiedy zakładałam siatkę na włosy oraz fartuszek firmowy.

-Wiem, przepraszam, obiecuję że to ostatni raz... I w ogóle, dzięki wielkie że mnie jeszcze nie wydałaś, nawet nie wiesz jak jestem ci wdzięczna. – przeprosiłam i zarazem podziękowałam przyjaciółce, kierując się z powrotem w stronę sklepu.

-Stawiasz mi piwo, kochana! – krzyknęła z zaplecza Caitlin, a ja tylko pokręciłam głową, uśmiechając się.

-*-

To chyba były najdłuższe cztery godziny spędzone w pracy, w calutkim moim życiu. Dosłownie, klient wychodził i zaraz po nim wchodził kolejny. Nie mogłam oderwać się od kasy chociażby na sekundę.

Uradowana że to nareszcie koniec męczarni w pracy, włożyłam na siebie bluzę i wzięłam w rękę torbę i żegnając się z Caitlin, wyszłam z Piekarni. Postanowiłam pójść na copiątkowe zakupy do supermarketu, iż moja lodówka świeciła pustkami, a ja potrafiłam jeść co kilka minut.

Solidnie pchałam wózek sklepowy, podążając wzdłuż lodówek z nabiałem.

-Gdzie te cholerne jogurty... – mruczałam pod nosem, w poszukiwaniu Polskich Danonków, od których byłam uzależniona. Co prawda nie zawsze sprzedawano je w Angielskim Tesco, ale nadal nie traciłam nadziei, rozglądając się po każdej półce.

W końcu zauważyłam to, czego szukałam. Sześciopak dużych Danonków stał swobodnie na półce w lodówce, tuż pod milkshake’ami Frijj. Uradowana, podjechałam bliżej, patrząc tylko na jogurty znajdujące się coraz bliżej mnie.
Nagle poczułam pchnięcie i upadłam na tyłek. Złapałam się za dół pleców i jęknęłam lekko z bólu.

-Ojejku, przepraszam, nic Ci nie jest? – usłyszałam głos, który skądś kojarzyłam. Podniosłam wzrok i zamarłam.

-Ty jesteś Ronnie?! Ta Vloggerka?! – nawet nie zauważyłam że zaczęłam krzyczeć i momentalnie się podniosłam. Dziewczyna uśmiechnęła się.

Czy ja śnię?

4 comments:

  1. Ja już czytać nie muszę, bo czytałem wczoraj. No więc, zajebiście Ci to wyszło. dodaj do obserwatorów, i będę czytać. xx

    ReplyDelete
  2. ale przewidywalne..

    ReplyDelete
  3. Świetnyy rozdział! czekam na wiecej :))

    ReplyDelete